Przypadek Maxa

Piętnaście sekund, później następny. Jeszcze raz zbadałem puls i tym razem udało mi się wyczuć trzydzieści bardzo słabych uderzeń (normalnie liczba ta powinna wynosić sześćdziesiąt do dziewięćdziesięciu). O mały włos nie orzekłem śmierci żywego, choć bardzo zmarzniętego, człowieka! Teraz nie marnowałem już czasu. Natychmiast okry-łem go większą ilością kocy, szybko wsadziłem do ciepłej karetki i na sygnale ruszyliśmy do szpitala, aby zdążyć tam na czas. Kiedy dotarliśmy na miejsce, zaaplikowano mu standardową, szybką kurację rozgrzewającą i poddano zabie-gom, jakie się wykonuje w celu reanimowania ofiar hipotermii. Historia miała szczęśliwe zakończenie, ponieważ pacjent przeżył, ale ja nigdy nie zapomniałem tego doświadczenia. Od tej pory, kiedykolwiek byłem wzywany – cczy jeszcze jako stażysta w szpitalnym pogotowiu, czy już jako praktykujący lekarz – do chorego, którym okazywał się „martwy” starszy człowiek w nieo- grzewanym mieszkaniu, narciarz leżący nieruchomo w zaspie czy ktoś „zapity na śmierć” na ulicy w zimny dzień, zawsze brałem pod uwagę ewentualność hipotermii. Kolejnym przypadkiem, który mi się upamiętnił, był Max, siedemdziesięcio-pięcioletni emerytowany drukarz, „sercowiec”. Mieszkał sam w trzypiętrowym budynku bez windy. Jego dwupokojowe mieszkanie ogrzewane było tylko teoretycznie, jako że z mocy ustawy płacił za nie właścicielowi emerycki zaniżony czynsz. Właściciel parę razy zresztą usiłował namówić Maxa, aby się wyprowadził, tłumacząc, że „schody nie są najlepsze dla człowieka w pańskim wieku, a ponadto dzielnica się zmienia”.

Leave a reply

You may use these HTML tags and attributes: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <s> <strike> <strong>